Kategoria: Bez kategorii

Lecznica Stałych Doznań, Moje trudne dziecko (2011)

Dzisiejszy dzień stał się dniem wypełniony przez muzykę. Nowo odkryty zespół zrobił na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłam napisać Wam o nim i o tej płycie kilka słów.
Kilka słów o zespole z ich strony na lastfm
Lecznica Stałych Doznań to nie tylko zespół muzyczny. To zespół nowych zewnętrznych przeżyć, mających na celu “aktywować” nowe przeżycia wewnętrzne. „Dzięki nim uzyska się podstawowe zrozumienie, że rzeczywistość, jaką widzimy (czyli zawierająca indywidualny świat każdego z nas), nie jest czymś raz na zawsze ustalonym, jedynym i absolutnym. Istnieje wiele rzeczywistości, a każda z nich stanowi wyraz innego poziomu świadomości osoby doświadczającej.” 


Jest to pierwszy longplay w historii zespołu, można by rzec, że debiut. Wydana w 2011 roku, chyba nie odbiła się szerokim łukiem w świecie polskiej muzyki, nie jestem tego pewna. Nie zmienia to jednak faktu, że płyta, sama w sobie zawiera tak dużo przeróżnych dźwięków, mnogość aranżacji, psychodeliczne teksty piosenek, doskonałe przejścia i dziwne (ale nie rażące) połączenia międzygatunkowe. 

O Albumie
Wytwórnia: Lecznica Stałych Doznań
Długość: 11 utworów
Czas trwania: 48:55

Lista utworów

1 [Pierwszy Kontakt z Dźwiękiem] 3:11
2 Kanibalizm Naszych Czasów 6:21
3 Cirrus 4:24
4 Synestezja I 1:39
5 Synestezja II 3:45
6 Izo TV 8:28
7 po Drugiej Stronie Lustra 5:41
8 Autopsja I 3:04
9 Autopsja II 2:34
10 Świadek 5:41
11 Baranek Dolly 4:07

W typowej dla mnie recenzji zaznaczyłabym gwiazdką utwory, które stały się moimi ulubionymi, jednak z tą płytą jest zasadniczy problem: nie ma ani jednej piosenki, której nie lubię w znacznym stopniu. Jestem zachwycona płytą, rzadko się trafia, bym była jakąś płytą zachwycona do aż takiego stopnia.

Nie jest to jednak płyta dla wszystkich. Jest trudna w odbiorze, lekko dołująca, zajmująca dużą część naszej uwagi i po prostu nie da się jej słuchać w samochodzie czy do czytania książki. Jest to płyta z pogranicza rocka progresywnego z elementami (pokuszę się o takie sformułowanie  jednakże jestem świadoma, że nie do końca odpowiada ono prawdzie) poezji śpiewanej. Liryczność tekstów, ich chaotyczność może właśnie takie rozwiązanie sugerować.

Jest to płyta, która potrafi słuchacza wprowadzić w stan zadziwienia, słucha się jej kilka godzin, a ona nadal potrafi zaskoczyć, odnajdujemy w niej co rusz to nowe elementy. Zauważamy więcej.

Bez dłuższych wstępów dwa utwory do przesłuchania:

„Pierwszy Kontakt z Dźwiękiem”

„Autopsja II”

Oceńcie sami i napiszcie, co o tej płycie, czy podanych powyżej utworach myślicie :)
Moja ocena: 5

Nowa Fantastyka 362 (11/2012)

Zasłuchując się w nowej płycie Muse, zaczytywałam się w najnowszym numerze „Nowej Fantastyki” czując, że jednak pismo trzyma poziom. Bałam się tego numeru, bałam się, że zawiodę się, jak przy poprzednim, ale… myliłam się, a moje obawy okazały się bezpodstawne! Wszystko znowu było na swoim miejscu, wszystko dopięte na ostatni guzik, wszystko pasujące i ta okładka! To jest to, co lubię najbardziej…

Wydawnictwo: Prószyński Media 

Liczba stron: 80 s.
W NUMERZE: Rocznicowo: Jacek Dukaj o prozie zagranicznej; Konrad Wągrowski o filmie; Recenzje z lamusa

OPOWIADANIA: Terry Pratchett, Andrzej Ziemiański, Catherynne M. Valente- światowa premiera
Zaglądałam do środka, czując lekką obawę, lecz, gdy tylko ujrzałam spis treści, wiedziałam, że czeka mnie przygoda, godna tego czasopisma. Może to górnolotnie zabrzmi, ale ucieszyłam się, że poprzedni numer był swoistym preludium do numeru listopadowego. Podobno we wszystkim musi być pewna harmonia, tak też, najwidoczniej myśleli twórcy „NF”, kiedy tworzyli te dwa, tak inne, tak kontrastowe numery… ;)

Jakub Ćwiek, chyba nigdy mnie nie zawiedzie. Każdy kolejny felieton trzyma poziom i zachwyca. Zachwyca nie tyle językiem, co trafnością spostrzeżeń. W tym numerze, Jakub Ćwiek porusza temat idoli okresu młodości i o ich powrotach, bądź nie. Doszedł do wniosku, z którym się zgadzam, że nie każdy z pisarzy/reżyserów po wieloletnich przerwach powinien wracać. Zwłaszcza, jeśli „wypadł” z obiegu i już nie ma rozeznania w rynku i potrzebach czytelników. 

„Smutne to, rzecz jasna, bo przecież tak naprawdę nikt nie wie, kiedy powinien niepokonany zejść ze sceny.”

 Zostałam zafascynowana artykułem Jacka Dukaja, na temat prozy zagranicznej. Znalazłam w nim, bowiem wiele książek, które z chęcią przeczytam oraz kilka refleksji, do których się przychylam. Niekoniecznie, jednak zgadzam się ze stwierdzeniem, że czytający np. Lema albo Sapkowskiego w młodości mają całkiem inne wyobrażenie fantastyki, co czytający np. Kossakowską czy Kozak. Co prawda, z pewnością, lubują się w innej tematyce fantastycznej, ale czy inaczej fantastykę widzą? To chyba jednak kwestia indywidualna i niekoniecznie zależna od utworów z nastoletnich lat. 
Film fantastyczny to dosyć nowy wynalazek zapoczątkowany przez Georga Lucasa i jego „Gwiezdne Wojny…”, dzięki niemu, fantastyka znalazła nowe medium i rozszerzyła pole oddziaływania. Od tamtej pory (gwoli przypomnienia, lata ’80) fantastyka stała się jednym z najpopularniejszych gatunków filmowych, o czym doskonale potrafi rozprawiać Konrad Wągrowski. Zauważył też, jak ten rozwój „spłaszczył” fantastykę. W dzisiejszych czasach zbyt wiele reżyserów/producentów skupia się na widowiskowych efektach specjalnych, zubożając fabułę. Na szczęście, jest jeszcze kilka perełek, które są godne polecenia. Ale o tym wszystkim w artykule Konrada Wągrowskiego, „Odyseja kosmiczna 1982-2012” :)
Nigdy wcześniej nie słyszałam o Paolo Bacigalupi, autorze „Zatopionych miast” i „Nakręconej dziewczyny”, czytając artykuł Marcina Zwierzchowskiego, zapragnęłam jak najszybciej przeczytać książki tego autora. To niesamowite, jak kilka słów potrafi zapaść w pamięć i rozpalić serce żarem chęci poznania… Fabuły tych książek, doskonale wplatają się w tematykę, którą się interesuję już od bardzo dawna :) 
Dla każdego recenzenta, polecam artykuł Jerzego Stachowicza i Agnieszki Hasko o recenzjach z lamusa :) Doskonały tekst z nutką ironii :)
Listopadowy numer „Nowej Fantastyki” sprawił, że na nowo zapragnęłam podążyć za intuicją, przypomnieć sobie „starych” idoli dzieciństwa, ale także odkryć zupełnie innych autorów/reżyserów, których na łamach czasopisma poznałam. Pełen inspiracji jest ten numer.
Moja ocena: 5-


Za egzemplarz serdecznie dziękuję!
Pssst. Kochani, wybaczcie moje połowiczne bytowanie na łamach bloga, staram się wszystko ogarnąć, ale czasem nie mam nawet siły, by coś napisać. Czytam zdecydowanie więcej niż piszę. Mam nadzieję, że w niedługim czasie, na nowo zacznę bytować w blogowym świecie. I częściej Was odwiedzać (choć odwiedzam dosyć często, niestety braknie czasu na, nawet krótki komentarz), czas zmian nastał…

PS Niedługo, obiecany konkurs! :D